środa, 20 kwietnia 2016

Wstyd.

Jak miałem sześć lat huśtaliśmy się na dużej huśtawce u kolegi, takiej, na której można było siedzieć w trzy, a nawet cztery osoby. Było trochę nudno, więc ktoś wpadł na pomysł, by zorganizować konkurs - kto dalej z niej skoczy. 
Skoczyłem.
Wyleciałem  w powietrze jak rakieta (szkoda, że do góry, a nie do przodu). Wylądowałem na ręce, prawej. Jak się później okazało - złamałem ją. Nawet nie bolało tak bardzo. 
Potem przyjechał wujek i razem z rodzicami pojechaliśmy do szpitala. 
Kiedy leżałem na łóżku, podeszła do niego pielęgniarka jak z amerykańskich kreskówek - gruba, stara, o nieprzyjemnym spojrzeniu. Bez ostrzeżenia chwyciła za złamaną rękę i...pociągnęła. Wrzasnąłem tak, że chyba sam Bóg w Niebie usłyszał ten krzyk. Potem tylko władowali mi rękę w gips, na kilka tygodni. 
Teraz byłoby inaczej, wstydzę się tej bezmyślności.
Teraz podczas skoku zrobiłbym przynajmniej salto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz