Jak miałem sześć lat huśtaliśmy się na dużej huśtawce u kolegi, takiej, na której można było siedzieć w trzy, a nawet cztery osoby.
Było trochę nudno, więc ktoś wpadł na pomysł, by zorganizować konkurs - kto dalej z niej skoczy.
Skoczyłem.
Wyleciałem w powietrze jak rakieta (szkoda, że do góry, a nie do przodu). Wylądowałem na ręce, prawej. Jak się później okazało - złamałem ją. Nawet nie bolało tak bardzo.
Potem przyjechał wujek i razem z rodzicami pojechaliśmy do szpitala.
Kiedy leżałem na łóżku, podeszła do niego pielęgniarka jak z amerykańskich kreskówek - gruba, stara, o nieprzyjemnym spojrzeniu. Bez ostrzeżenia chwyciła za złamaną rękę i...pociągnęła. Wrzasnąłem tak, że chyba sam Bóg w Niebie usłyszał ten krzyk. Potem tylko władowali mi rękę w gips, na kilka tygodni.
Teraz byłoby inaczej, wstydzę się tej bezmyślności.
Teraz podczas skoku zrobiłbym przynajmniej salto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz