niedziela, 21 stycznia 2018

Bardzo powoli powracam(y)

Będą działy się tutaj Rzeczy. Oczywiście jestem świadom, że piszę to prawdopodobnie do siebie, ale skoro papier przyjmie wszystko (chociaż w tym przypadku nie ma fizycznie papieru, są za to plastikowe klawisze laptopowej klawiatury to zamierzam wrócić w to miejsce, w które przed kilkoma laty starałem się dać upust swojej chęci pisania (chociaż wtedy byłem jeszcze trochę nieświadomy wielu rzeczy). Prawdopodobnie będę tu wrzucał mnóstwo rzeczy, które niekoniecznie będą się ze sobą łączyły. Może wpadnę na pomysł jakiegoś długiego opowiadania, może będę chciał podzielić się jakąś historią, która wydarzyła się na moich oczach, a może się zdarzyć, że będę po prostu pisał Rzeczy, które w danej chwili przyjdą mi do głowy. Dwa lata to odpowiedni czas żeby nabrać rozpędu, tak myślę.

środa, 20 kwietnia 2016

Wstyd.

Jak miałem sześć lat huśtaliśmy się na dużej huśtawce u kolegi, takiej, na której można było siedzieć w trzy, a nawet cztery osoby. Było trochę nudno, więc ktoś wpadł na pomysł, by zorganizować konkurs - kto dalej z niej skoczy. 
Skoczyłem.
Wyleciałem  w powietrze jak rakieta (szkoda, że do góry, a nie do przodu). Wylądowałem na ręce, prawej. Jak się później okazało - złamałem ją. Nawet nie bolało tak bardzo. 
Potem przyjechał wujek i razem z rodzicami pojechaliśmy do szpitala. 
Kiedy leżałem na łóżku, podeszła do niego pielęgniarka jak z amerykańskich kreskówek - gruba, stara, o nieprzyjemnym spojrzeniu. Bez ostrzeżenia chwyciła za złamaną rękę i...pociągnęła. Wrzasnąłem tak, że chyba sam Bóg w Niebie usłyszał ten krzyk. Potem tylko władowali mi rękę w gips, na kilka tygodni. 
Teraz byłoby inaczej, wstydzę się tej bezmyślności.
Teraz podczas skoku zrobiłbym przynajmniej salto.

środa, 20 sierpnia 2014

Typowo.

Szedłem dzisiaj na pocztę, by wysłać list do znajomej. Zawsze, gdy gdzieś idę, mam na uszach słuchawki. To taka odskocznia, ucieczka od otoczenia, które zwyczajnie mnie wkurwia. Nie potrafię poruszać się inaczej, wyjątkiem jest towarzystwo jakiegoś znajomego.
Mniej więcej kilka metrów od poczty stał jakiś Pan. Od razu zwróciłem uwagę na plamkę na jego marynarce. Granatowej. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest to pozostałość po ptasiej kupie. To mnie tak bardzo zaciekawiło, było tak bardzo intrygujące! Na podstawie takich sytuacji, przynajmniej według mnie, można określić typ człowieka. Na podstawie tej resztki ptasiej kupy byłem stanie wywnioskować, że nie jest to osoba pewna siebie. Bardzo łatwo się poddaje, nie walczy do końca. Gdyby było inaczej, nie zwróciłbym na niego uwagi, nie zauważyłbym tej bieli, która niszczy piękny granat. Zauważyłem.
Stanąłem metr od niego, patrząc się na tę znienawidzoną już przede mną białą plamkę myśląc dokładnie to samo. Jak taka mała plamka na ubraniu może odsłonić człowieka. To chore.
Stałem tam kilka minut. Dopiero po czasie zauważyłem, że ta osoba do mnie mówi, prawie krzyczy. Zdjąłem słuchawki i (jak to ja, bezczelny) popatrzyłem mu w oczy i zapytałem "o chuj Ci chodzi, gościu?". Nie bierzcie mnie za dresa, czy innego prawilnego człowieka jednego z betonowych, polskich osiedli.
Nawet nie zauważyłem, kiedy skoczył za moje plecy, chwycił za rękę i trzymał za moimi plecami.
"Pojedziesz ze mną".
W samochodzie zaczęło do mnie dochodzić, w co się wkopałem. Znowu.
Komisariat wyglądał jak zwykle. Od ostatniego razu nic się w nim nie zmieniło, nadal białe kafelki, chociaż raczej nazwałbym to płytkami i żółte ściany. Nic nowego.
Zaprowadził mnie do swojego "biura" i kazał usiąść.
"Wiesz, że to co zrobiłeś, nie było mądre?"
Pierwsza myśl - pierdol się. Przez kilka sekund wyobraziłem sobie te dwa słowa w każdy możliwy sposób (jako dzieło sztuki, jaki graffiti na murze, jako neonowa reklama jednego z najdroższych kasyn w Las Vegas, gdzie jakiś rosyjski milioner przebranżowił się właśnie na rosyjskiego żebraka, jako napis w Hollywood, jako pieczątkę, którą Pani Krystyna z sekretariatu podbija legitymację Wojtka z 5c, zastanawiając się, czy posłodziła kawę dwiema, czy trzema łyżeczkami. Ta niepewność ją niszczy. Da ją do wypicia dyrektorce, a sama zrobi sobie nową. Posłodzoną dwiema łyżeczkami).
Powstrzymałem się, przypomniałem sobie, że przecież znam naturę tego człowieka, tak łatwo mogę nim manipulować!
"Zdaję. Wiem, że to co zrobiłem, jest karygodne. Jestem młody, zdarza się, że najpierw mówię, a potem myślę. Pan też był w moim wieku, musi pan wiedzieć, jak to jest!"
Andrzej podrapał się po brodzie. Tak naprawdę to miał na imię Tomasz. Jednak z twarzy pasował mi na Andrzeja, więc tak nazwałem. Przemówił.
"Posłuchaj, ostatni raz Ci takie coś odpuszczam, jasne? Następnym razem wzywamy matkę."
Zakończył tak ostro, ozięble. I tak wiem, że Andrzej, a tak naprawdę Tomek, to równy gość.
Już miałem wychodzić, ale zrobiło mi się żal Andrzeja, a tak naprawdę to Tomka. Przecież kupa na mundurze to plama na honorze stróża prawa. Powiedziałem mu o tym. Nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Równy gość z tego Andrzeja. Na ulicy, gdzie był komisariat była super kafejka, z lodami i innymi deserami. Pomyślałem, że fajnie by było zaprosić do niej Andrzeja, ale szybko mi przeszło. To dorosły facet. Pewnie ma żonę, dzieci i kochankę, z którą spędza przymusowe wieczory w pracy. Ah, ten Andrzej. To znaczy Tomek.
Następnym razem, gdy zobaczę kogoś w mundurze policyjnym, zamiast zastanawiać się, czy to dzielny policyjny czy też idiota pragnący sławy w internecie będę po prostu trzymał gębę na kłódkę.